Portal - Piwniczna - Zdrój
 
Strona główna / Sukcesy uczniów Środa - 17 października 2018 Antonii, Ignacego, Wiktora     "Nie depcz smutkowi po piętach bo się może odwrócić" - Autor nieznany === Witamy na stronie Gimnazjum Publicznego w Piwnicznej-Zdroju ===
polski
Wyszukiwarka
Klemens Ogórek- autor pracy Klemens Ogórek-odkrycie roku
Największe sukcesy uczniów

DZIECI SYBERII

 

            Dzisiaj każdy wraca po ciężkim dniu pracy do ciepłego, czystego domu i wita się z kochającą rodziną. Nie myślimy nawet, że mogłoby być inaczej.

            Jednak ponad 70 lat temu rozpoczęła się II wojna światowa, a w Polsce wschodniej władzę przejęli Sowieci. Poczęli odbierać ludziom domy, a ich samych wywozili na Syberię do ciężkich robót.

            Moja prababcia przed wojną mieszkała w dużym domu i należała do zamożnej rodziny. Gdy wybuchła wojna, była piętnastolatką. Miała mamę, tatę i trzech młodszych braci. Jeden miał 12 lat, drugi- 9 a trzeci- 6.

            Pewnej nocy do jej domu wpadło czterech uzbrojonych Sowietów – funkcjonariuszy NKWD, którzy kazali im stanąć pod ścianą. Moi przodkowie z przerażeniem myśleli, że zostaną rozstrzelani. Dowiedzieli się jednak, że zostaną przewiezieni do innego województwa.        Działo się to w nocy z 9 na 10 lutego 1940 r. Nim nastał dzień, byli już na stacji kolejowej, gdzie czekało wielu ich sąsiadów.

            Załadowano ich do bydlęcych wagonów, po czterdzieści osób w każdym. W jednym rogu każdego z nich była wycięta dziura, która służyła za toaletę. Aby więźniowie nie zamarzli, wagony zaopatrzono w małe piece, do których od czasu do czasu można było coś wrzucić. W czasie podróży zmarło wiele osób, głównie starcy i niemowlęta. Małe ciałka (trupy) dzieci podawano sobie aż do drzwi, gdzie odbierali je Rosjanie i gdzieś zabierali – do dziś nie wiadomo gdzie.

            Po trzech tygodniach jazdy pociągiem dotarli do ostatniej stacji. Tam przesiedli się do sań – małe dzieci i starcy, dorośli szli pieszo. Jechali przez kolejne dwa tygodnie w  40 ºC mrozie i śniegu po kolana, żywiąc się czarnym chlebem.  Co jakiś czas zatrzymywali się w wioskach, gdzie można było się napić wrzątku i przespać pod dachem. Pewnego razu zatrzymali się w takiej wiosce. Gdy weszli do jednej z chałup, na ziemi siedział młody chłopiec, który rzucał w nich watą wyrywaną z kufajki (rosyjska kurtka). Tata prababci znał rosyjski, gdyż był potomkiem zesłańców wywiezionych na Syberię po powstaniu styczniowym, tam się urodził, tam poznał swoją żonę, a do Polski udało mu się powrócić dopiero w 1918 lub 1919 r. Spytał po rosyjsku,  gdzie jest mama albo tata. Ten odpowiedział, że tata na wojnie, a mama- w piecu. Myśleli, że żartuje, ale zaprowadził ich do pomieszczenia, gdzie zobaczyli wielki piec, w którym mogłoby się zmieścić dziesięć osób. W środku zaś siedziała przestraszona kobieta. Powiedziała, że ostrzegano ich, iż przybędą tu polscy bandyci, bezwzględne łotry. Gdy wszystko jej wyjaśnili, dała im chleb i zagotowała „kipiatok”, czyli wrzątek ze śniegu.

            Po dwóch tygodniach marszu dotarli do posiołka nr 3 – łagru w syberyjskiej tajdze. Gdy dochodzili do obozowiska, mimo że był zmierzch, mama prababci zauważyła między drzewami brzozowe krzyże i powiedziała:

-                     Ja tutaj umrę i tu będę pochowana, czuję to – i rozpłakała się, a wraz z nią dzieci.

Przywitali ich zesłańcy – kułacy, czyli dawni bogaci chłopi  rosyjscy, którym państwo zabrało pola, domy i pieniądze. Wywieziono ich zimą w syberyjską tajgę i pozostawiono bez jedzenia, sprzętu i dachu nad głową. Mieli przeżyć, a ponadto wybudować baraki, w których mieli mieszkać jako więźniowie. Kułacy powiedzieli nowo przybyłym polskim zesłańcom:

-                     Wy nie płaczcie, wchodźcie do naszych baraków, będzie wam tu ciepło –  a pokazując  na drewniane krzyże, widniejące nieopodal, dodali-tam są nasi, którzy nie wytrzymali chłodu, nie doczekali baraków ani wiosny...

Moją prababcię i jej tatę skierowano do ciężkich robót w lesie, a jej braci- Bronka, Józka i Rysia pozostawiono z mamą w baraku. Byli za mali, by pracować.

Każdy dzień wyglądał tak samo: o piątej pobudka, apel i do dwudziestej robota, z krótką przerwą na chleb.

Pewnego dnia, gdy mieli rano stawić się  na apelu,  Bronek pobiegł po swojego kolegę, jak to robił co dzień, ale tym razem zastał całą jego rodzinę na modlitwie. Za nim wkroczył komendant łagru i zawołał:

-                     Wstawać wszyscy i do pracy!

Ojciec rodziny odwrócił głowę i powiedział:

-                     Mnie pacierz milszy niźli ty!

Jedynie w modlitwie można było szukać pocieszenia.

            W końcu przyzwyczaili się do monotonii każdego dnia. Pewnego razu, gdy wycinali las w odległości około 70 km od łagru, dotarła do nich wiadomość, że nie żyje ich mama. Tato prababci  dostał przepustkę i poszedł to sprawdzić. Prababcia nie mogła się pogodzić, że została w tajdze i poszła prosić o przepustkę. Otrzymała odpowiedź;

-                     Po co tam pójdziesz, nie ożywisz jej, a tu- na rosyjskiej ziemi jest tyle miejsca, by pochować wszystkich Polaków.

Do zrozpaczonej dziewczyny podszedł jej chrzestny ojciec, który także był zesłańcem, i powiedział:

-                     Chodź, pójdę z tobą, najwyżej nie dostaniemy chleba.

Kiedy doszli do łagru, było już po pogrzebie. Tata opowiedział jej, że gdy przyszedł, mama jeszcze żyła, ale nie było żadnych lekarstw, a w „szpitalu” pracował tylko jeden sanitariusz. Gdy zmarła, pochowali ją w trumnie z nieheblowanych desek, a z powodu roztopów – bo był to marzec- trumnę musieli zatopić w dole, który cały czas wypełniał się wodą z topniejących śniegów.

            Ojciec zabrał starsze dzieci ze sobą do miejsca, gdzie wycinali tajgę – tam mieszkali w barakach robotniczych, a najmłodszego Rysia zostawił u sąsiadki, która miała dzieci w podobnym wieku. Po dwóch tygodniach dotarła do nich informacja od sąsiadki, że Rysiu ani razu u nich nie spał, siedział cały czas w swoim baraku i mówił, że nigdzie nie pójdzie, bo czeka na mamusię. Smutna kobieta rozpalała mu ogień w piecu i z żalem patrzyła na dziecko, które nigdy się już mamy nie doczekało. Cóż było robić... tata zabrał najmłodszą pociechę do tajgi.

            Teraz życie znów toczyło się tym samym rytmem, ale było trudniejsze i smutniejsze. Aż do roku 1941, kiedy wybuchła wojna radziecko – niemiecka. Tym samym przyszła wieść o „amnestii” – co to była za amnestia, kiedy zesłańcy skazani zostali bez przestępstwa, bez wyroku, ale grunt, że teraz byli wolni. Zamierzali przyłączyć się do powstającej armii gen. Wł. Andersa i z nią wydostać się ze Związku Radzieckiego. Tato prababci załatwił pozwolenia, uzbierał pieniądze na podróż, najmując się do prac w sowchozie, co było możliwe od czasu amnestii.

            Moją prababcię od dłuższego czasu nawiedzały złe sny. Widziała łagier i barak, w którym wcześniej mieszkali, a przed nim- w trumnie martwego ojca. Bardzo się o niego martwiła, ucieszyła się, gdy wyjechali z tego miejsca do wioski, gdzie był sowchoz, lecz ten sen nie zniknął. Gdy zaplanowany był termin wyjazdu z armią Andersa, przyszedł znajomy z łagru i zaproponował rodzinie prababci, by wrócili tam i na następny dzień razem wyruszyli z armią. Było to niezrozumiałe, gdyż musieli się cofnąć, by następnie przejść przez wioskę, w której obecnie mieszkali.

            Prababcię przeszły ciarki, ale wrócili. W łagrze rozlokowali się w różnych barakach u znajomych. Tato przed snem poszedł jeszcze do łaźni. Kilka godzin później do baraku, gdzie spała prababcia, przyszedł sąsiad i powiedział:

-                     Wala, chodź na chwilę, bo z tatą jest coś nie tak.

Prababcię ścisnęło coś w brzuchu, ale szybko poszła. Tata był niemal w agonii, zdążył przekazać jej pieniądze i dokumenty oraz zlecić opiekę nad braćmi.

            Teraz wszystko runęło, armia Andersa poszła, a czwórka rodzeństwa została sama w tym nieprzyjaznym, zimnym kraju. Jakby tego było mało, jeden ze znajomych z łagru  pożyczył od nich pieniądze, a raczej je wyłudził mówiąc, że jutro odda. Już nigdy później go nie spotkali.

            Sprzedali garnitur ojca i kupili za to 20 kg ziemniaków i worek mąki. Bronek z Józkiem polowali na ptaki, z których gotowali coś na wzór rosołu, był gorzki i lekko niebieski. W łagrze pozostali jeszcze trzy miesiące, potem z dwoma innymi rodzinami ruszyli do miasteczka Totma, około 80 kilometrów od łagru. Stamtąd planowali ruszyć wraz z wojskiem – wojskowymi samochodami na Ukrainę i dalej do Polski. Niestety, przyszła syberyjska zamieć i do pełnej wiosny musieli zostać w Totmie, a wtedy dotarła wiadomość, że Związek Radziecki zamknął swoje granice do zakończenia wojny z Niemcami. Pobyt na Syberii przedłużył się o kolejne lata.

            W Totmie udało im się znaleźć mieszkanie, a raczej małą izdebkę i zameldować się, co pozwalało na zatrudnienie i otrzymanie kartek na dzienny przydział chleba. O pracę dla dzieci było trudno, a zarobki były niewielkie, więc rodzeństwo głodowało. Marzyli tylko, by choć jeden raz najeść się chleba do syta i umrzeć.

            Próbowali zdobyć coś do jedzenia. Pewnego dnia Bronek i Józek tępą siekierą zabili jakiegoś psa – przybłędę i przynieśli go do domu. Na nieszczęście na tej samej ulicy zaginęła koza, a krwawy ślad prowadził do mieszkania prababci. Nie minęła godzina, jak do drzwi zapukała milicja. Dzieci pokazały skórę z psa i wytłumaczyły się. Jeden z milicjantów zapytał:

-                     Gdzie wasz tato?

-                     Umarł – odpowiedzieli.

-                     A mama?

-                     Też umarła.

Pogłaskał Rysia po głowie i powiedział:

-                     Zjedzcie to, ale pamiętajcie- psów też nie wolno zabijać.

I wyszli.

      Dzięki staraniom generała Sikorskiego wszyscy polscy zesłańcy otrzymali paczki z odzieżą z Ameryki. Obok mieszkania prababci mieszkała dziewczyna, która bardzo chciała zdobyć amerykańskie ubrania. Prababcia dała jej  te rzeczy w zamian za załatwienie pracy przy suszeniu warzyw dla wojska, a Bronkowi- stróżowania w rzeźni. Wcześniej prababcia pracowała w szpitalu, gdzie ręczną piłą rżnęła drewno na opał.

            Rysiu i Józek byli za mali do pracy, ale i tak nie siedzieli bezczynnie. Rysiek wstawał o piątej rano i szedł do kolejki po dzienny przydział chleba, stał tam do czternastej, piętnastej. Józek polował na jeże, ptaki, zbierał ptasie jaja i żebrał. To wszystko było za mało, żeby najeść się do syta. O tłuszczu nie można było nawet marzyć. Bronek raz w tygodniu dostawał z rzeźni trzy litry krwi zwierzęcej, z której gotowali coś w rodzaju zupy, a prababcia dziesięć kilogramów łupin z ziemniaków, które suszyli, mielili w żarnach i gotowali. Pewnego dnia, gdy Bronek był na nocnej zmianie w rzeźni i robił obchód, zobaczył, że ktoś próbował się włamać. Oddał kilka strzałów na postrach – to poskutkowało i włamywacz uciekł. Gdy zbliżył się do drzwi, zobaczył, ze kłódka jest wyłamana. Sprawdził, czy nikogo nie było i czym prędzej zabrał z rzeźni około dwóch lub trzech kilogramów łoju – najgorszego jaki był, ale zawsze to jakiś tłuszcz. Trzeba go było przetopić, więc czekali, aż współlokatorzy wyjdą z domu. Tego dnia po raz pierwszy od wywózki na Sybir zjedli chleb z tłuszczem – nie najedli się wprawdzie, ale smakowało przewybornie. Rodzeństwo marzyło, aby po powrocie do Polski osiedlić się w okolicach rzeźni, by można kupować krew i jeść.

            Codzienny przydział chleba zjadali na jeden raz. Nieraz  prababcia chciała zostawić trochę chleba na później,, ale nikt nie chciał wyjść z domu dopóki nie została ostania okruszyna zjedzona. Zdarzało się, że czasami nie dostali chleba w ogóle. W miejscu, gdzie rozdawano chleb na kartki, stało wielu głodnych chłopaków – głód w czasie wojny na Syberii nie dotyczył tylko polskich zesłańców, lecz wszystkich ludzi, którzy tam mieszkali. Zdarzało się, że kiedy Rysiu odebrał chleb, wyrywali mu go i jedzenia w tym dniu już nie było.

            Prababcia pracowała jeszcze w takiej prymitywnej fabryce zabawek. Używano tam kleju zrobionego z wody i mąki. Połowę tego kleju zjadały pracownice, więc w końcu je zwolniono, a fabrykę zamknięto.

            Tak minęły dwa lata w syberyjskim miasteczku Totma, aż w końcu latem 1944 r. powstałe w Związku Radzieckim Ludowe Wojsko Polskie im. T. Kościuszki  umożliwiło polskim zesłańcom przemieszczanie się po ZSRR. Moi przodkowie zostali przewiezieni w okolice Odessy nad Morzem Czarnym.

            Przez pierwsze dni po przyjeździe na Ukrainę spali na bocznicy kolejowej pod gołym niebem, ale przynajmniej było ciepło. Każdy spał na swoim tobołku. Pewnej nocy głowa mojej prababci spadła z kuferka. Gdy się podniosła, zobaczyła sowieckiego żołnierza, który uciekał z jej dobytkiem. Narobiła strasznego krzyku i z Bronkiem poczęła go gonić, a reszta sybiraków głośno się z nich śmiała. Śmiali się, dopóki nie zauważyli, że ich również okradziono. Nagle prababcia potknęła się o swoją walizkę. Do dziś nie wiedzą, dlaczego ów  żołnierz wypuścił kuferek. W nim był cały ich dobytek: cztery aluminiowe garnuszki, cztery łyżki, dwie miski i dokumenty – karta przesiedleńcza.

W Odessie znaleźli pracę i mieszkanie w sowchozie – gospodarstwie rolnym. Zobaczyli tam  potężne hałdy surowej, brudnej pszenicy. Wszyscy zesłańcy, którzy przybyli z Syberii na Ukrainę rzucili się na tę pszenicę jak zwierzęta, jedli ją garściami, a później przez wiele dni cierpieli na niestrawność.

Prababcia z czasem stała się kontrolerką – odprawiała traktory i kombajny w pole, a później sprawdzała, kto ile zrobił, ile spalił paliwa itp. Bronek z Józkiem dostali konie i mieli doglądać bydła, a z Rysia zrobiono gońca. Biegał z miejsca na miejsce i przenosił listy oraz informacje.

Było im tam dużo lepiej. Było ciepło, ale przede wszystkim, pracując w gospodarstwie, nie cierpieli już głodu.

W lutym 1946 r. kto żyw wracał do ojczyzny. Wśród powracających była również czwórka rodzeństwa, która po sześcioletniej tułaczce próbowała dostać się do Polski.

Dotarli do Wrocławia jednym z wielu transportów ze Związku Radzieckiego. Nowy rząd Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej dał im tylko stary poniemiecki dom i kawałek ziemi. Dom był całkowicie obrabowany, nie było w nim zupełnie nic. Na wszystko trzeba było samemu zapracować.

Prababcia założyła rodzinę i wraz z mężem i braćmi wyjechała w góry – jej mąż, a mój pradziadek pochodził  z Piwnicznej. Mimo że było bardzo ciężko, chłopcy bardzo chcieli się uczyć. Bronek został inżynierem przemysłu spożywczego, Józek ukończył szkołę ekonomiczną, lecz z powodu poważnych problemów ze zdrowiem nie mógł się uczyć dalej – był jednak przez całe życie bardzo pracowitym człowiekiem, Rysiek ukończył medycynę i wyjechał do USA, gdzie przez 30 lat pracował jako chirurg. Parę lat temu wrócił do Polski. Na swoje wykształcenie zapracowali sami.

Uważam, że przeżyli tę gehennę tylko dlatego, że trzymali się razem. Prababcia musiała pełnić obowiązki matki, ojca i siostry jednocześnie. Te przeżycia wzmocniły więzi między nimi. Prababcia niedawno skończyła 90 lat i cieszy się dobrym zdrowiem. Gdy rozmawiałem z nią o jej pobycie na Syberii, życzyła mi, abym nigdy nie znalazł się na tam w takich okolicznościach jak ona.

Straciła rodziców, dzieciństwo, dom. Jedyną pamiątką po przodkach z Kresów Wschodnich jest pożółkła stara fotografia, która przewędrowała z prababcią całą jej tułaczkę  syberyjską oraz kutia, która co roku pojawia się u nas na wigilijnym stole.

Ta prawdziwa historia, mimo iż wydarzyła się  tak dawno temu, wciąż jest dla nas ważna i wywołuje wiele wzruszeń. Należę już do trzeciego pokolenia, które narodziło się od momentu tych tragicznych wydarzeń. Jednak doskonale je znam i za każdym razem bardzo przeżywam, niejedną już łzę uroniłem, słuchając o dramatycznych losach polskich zesłańców.

Opowieść ta powinna być przestrogą, że wojny i konflikty między ludźmi są złe i bezwzględne, nauką o sile, jaka tkwi w rodzinie, przekonaniem, że nie wolno się poddawać i trzeba walczyć mimo przeciwności losu i prawdą, że pracowitość to bardzo wartościowa cecha, bo pozwala z niczego osiągnąć wiele.

Pokazuje, że nie mamy prawa narzekać i powinniśmy docenić to, co mamy, a przede wszystkim fakt,  że żyjemy w wolnym, bezpiecznym państwie.

 

 

Autor: Klemens Ogórek

Kl. I „b” Gimnazjum w Piwnicznej – Zdrój

Piwniczna Zdrój 08.12.2014


 
© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: Zenon Citak